Widmoland

  • Iskry
  • Miniatury
  • Autor
  • Most

    Torpeda był człowiekiem co najmniej niebezpiecznym, a jego brawurze mogła dorównać jedynie obojętność, z którą przyjmował rzeczywistość. Emanowało to z niego widmolandzką pewnością siebie: długimi krokami i groźbą zaklętą w obliczu. Od niemalże dwóch dekad na tych ziemiach krążyła historia o tym jak znalazł się nieopodal strefy zero podczas bombardowania ogniowego Alnastagu. Gdy jego towarzysze leżeli na ziemi, a świat płonął od radioaktywnego rozbłysku, Torpeda zakrył jedynie oczy i wydobył z siebie ciche: „Kurwa, jak jasno”.
    Teraz szedł powoli w kierunku konwoju, a śnieg skrzypiał mu pod butami. Jego puste oczy wodziły wzrokiem po transporterach opancerzonych wycofujących się tyłem jak najdalej od mostu, z którego właśnie zszedł. Wokół kręcili się owinięci w płaszcze piechociarze, którzy również zwiększali swój dystans od przeprawy przez rzekę.
    Zwiadowca pociągnął łyk z błękitnej manierki i podszedł do grupy zebranej wokół kapitana Zimy.
    – To stary „rozrywacz”, leży tam jeszcze od Zamieci. Dziwne, że nikogo nie wywaliło w powietrze przez te wszystkie lata. Pewnie nikt tędy nie chodzi – stwierdził sucho.
    – Jak to nikt? Zanim rozpętała się cała ta awantura, jeździliśmy tędy co tydzień po… ten… zaopatrzenie – odezwał się jeden z żołnierzy.
    Po ludziach przetoczyła się fala śmiechu.
    – To gratuluję – skwitował Torpeda i odwrócił się do Zimy. – Panie kapitanie, szkoda sapera. Walnijmy w to termicznym, niech zdycha. Te psy i tak już pewnie wiedzą, że tu jesteśmy.
    – Oszczędzilibyśmy sobie sporo krwi gdyby udało się nam tam dostać bez oznajmiania radośnie całej okolicy, że… – zaczął kapitan i nagle urwał. – Dima? Dima! Gdzie ty leziesz?
    – Rozbroić bombę, generale.
    Nikt nie zauważył nawet, gdy ten wątły chłopak ubrał się w za duży na niego pancerz i ruszył w kierunku mostu. Wyglądał jak żółw na wyjątkowo krzywych nogach.
    – Co jest nie tak z tym chłopakiem? – zapytał cicho Torpeda.
    Dima złapał mocniej obcęgi i uśmiechnął się słabo, a jego twarz przybrała barwę otaczającego ich śniegu. Wiedział, że jeżeli nawet Torpeda nie podołał, to czeka go ciekawa przygoda, której rezultatem będzie uznanie w oczach Zimy albo krótki lot nad lasem.
    – Zaraz wracam, przyjaciele… chyba.


  • Konwój

    Deszcz zmywał wzgórze falami gęstego błota lejącego się powoli w dół stromego zbocza. Wichura zagłuszała nawet ryki kolumny ciężarówek rozciągniętej wzdłuż doliny.
    Do szczytu wzniesienia zbliżał się ciężkimi krokami człowiek w płaszczu. Goniec bluzgał pod nosem na cały świat, a burza wciskała mu słowa z powrotem do ust. Krew się w nim gotowała na myśl o widmolandzkich trepach, z którymi przyjdzie mu zaraz rozmawiać. Dla niego byli wypełnionymi sarkazmem worami z mięsem, które poza zabijaniem potrafiły tylko patrzeć z politowaniem na wszystkich, którzy nie nosili trupich czaszek na pagonach.
    Ze ściany wody wyłoniły się światła postojowe samochodu i sylwetki piechociarzy zebranych nad leżącym u ich stóp ciałem. Wycie wiatru przycichło nieco i dało się usłyszeć szczątki rozmowy.
    – Znalazłem go przy turbinie. One są tak głośne, że nic nie jest w stanie ich przekrzyczeć, a jemu się udało… Spójrzcie na te rany. Wilki śnieżne, jak nic.
    – Ciągną się za nami od przełęczy.
    Mężczyzna skierował się w ich stronę i dopiero z bliskiej odległości był w stanie odróżnić dowódcę od reszty żołnierzy. Z czapki oficerskiej spływały strugi deszczu i mieszały się z krwią broczącą z paskudnej rany nad lewym okiem. Człowiek ten miał w tych swoich ostrych rysach twarzy jakiś nieuchwytny pierwiastek upodabniający go do postaci z komiksu.
    Burza uniemożliwiła określenie stopnia.
    Goniec zebrał w sobie ostatki sił, zasalutował i spróbował przekrzyczeć nawałnicę:
    – Jestem z konwoju logistycznego!
    – Wybornie! Ja w pewnym sensie też! – wykrzyknął tamten. – Pułkownik Lange, dystrybucja amunicji w stronę wroga. Kompania D. W wolnym czasie zajmujemy się towarzyską wymianą ołowiu z naszymi nowymi znajomymi zza rzeki. Czym mogę służyć jaśnie panu?
    „Zaczyna się” – pomyślał goniec i spróbował jeszcze raz.
    – Przyjechał konwój ze sprzętem. Jakieś specjalne życzenia?
    – Pokój na świecie.


  • Skowyt

    – Proszę pana, ale ja…
    – …wtedy go zobaczyłem! Urósł nad drogą jak wzbierająca burza. Chciałem krzyczeć, ale ten widok odebrał mi mowę, zmroził krtań jak krew w żyłach. Stałem tam jak niemowa. Nie mogłem z siebie nic wydusić, nawet gdy patrzyłem na ciało sierżanta uderzające w drzewo. Trzasnął o nie jak łamana gałąź… Jak sucha gałąź, rozumie to pani?
    Przysunął się bliżej niej.
    Padło na niego wąskie pasmo światła ulicznych latarni. Czuła emanujący z niego niepokój i napięcie drgające na ściągniętych wargach. Jego oczy nie widziały tramwaju sunącego spokojnie ulicami śpiącej Stolicy. Przerażone spojrzenie dawno przestało wodzić po po siedzeniach pustego przedziału. Wszystko rozpłynęło się we mgle wspomnień.
    – Widziałem jak mój pluton zamienia się w rozlaną na asfalcie czerwoną breję. Chłopcy wzywali swoje matki, bogów, Cesarza. I ten metaliczny skowyt. Słyszę go tak samo wyraźnie jak wtedy… – przełknął głośno ślinę. – Nie byliśmy wystarczająco czujni. Widmoland nie wybacza, rozumie to pani?
    Stukot szyn jakby się wzmógł. Westchnęła ciężko i przestała się bawić zawieszonym na szyi plastikowym identyfikatorem. Spróbowała się uśmiechnąć. Nocne kursy bywały dziwne.
    – Rozumiem, oczywiście, ale ja naprawdę muszę sprawdzić ten bilet.


  • Gabinet

    Zza uchylonych drzwi wysunęła się głowa szeregowego Dimy.
    Młody rozejrzał się po gabinecie bystrym wzrokiem i odchrząknął cicho by zwrócić na siebie uwagę kapitana Zimy, który siedział przy biurku wpatrując się szklanym wzrokiem w plik dokumentów. Wykrzywiona, zapadła twarz oficera jasno sugerowała, że rozsypane po dębowym blacie papiery są lekarstwem na bezsenność.
    – Generale?
    Kapitan dawno przestał się zastanawiać dlaczego Dima tytułuje „generałem” wszystkich wyższych od siebie stopniem. Nie drażniło go to też zupełnie; może dlatego, że na tym młodym chłopaku zawsze można było polegać, a może dlatego, że starszy brat Dimy, Andrei, wykrwawił się lata temu w ramionach Zimy w okopie w jakimś zapomnianym lesie.
    Młody wszedł powoli do gabinetu.
    – Panie generale, właśnie przyjechał pański podnóżek.
    – Hmm? Porucznik już tu jest?
    – Toż właśnie mówię, generale.


  • Zapach

    Przed tylnym wejściem do knajpy słychać było przytłumione przyśpiewki, z których większość była nieprzyzwoita, niektóre wręcz chamskie. Zlewały się z przygrywającymi im gitarami i rytmicznym dudnieniem dziesiątek butów o drewnianą podłogę.
    Wszystko to świadczyło o tym, że tego wieczoru klientelę stanowiła załoga jednego z widmolandzkich legionów, która zajechała na przepustce aż tutaj, na przedmieścia Stolicy.
    Od ścian zaczęła się właśnie odbijać żołnierska piosenka o mgłach Widmolandu, gdy pośrodku ciemnej uliczki pojawił się wysoki mężczyzna. Jak wielu agentów Dozoru, on również nosił kapelusz z szerokim rondem i długi płaszcz.
    Zbliżył się do wejścia serwisowego rozśpiewanego lokalu, zapukał cicho i wszedł do środka.
    Kuchnię ogarniał półmrok i zaduch. Niedomknięte drzwi wpuszczały do środka jasny snop światła, w którym tańczyły cienie ludzi bawiących się w głębi karczmy.
    Gość oparł się o ścianę i zaczął bawić rękawiczką, nie spuszczając wzroku z ciemnowłosej dziewczyny pochylonej nad parującymi naczyniami.
    – A co tutaj robi mój ulubiony detektyw? – zapytała Agnes – Za płytko go zakopałam, co?
    Uśmiechnął się ciepło, a ich oczy spotkały się.
    – Przechodziłem obok i pomyślałem, że miło byłoby cię zobaczyć.
    – Wspaniale. Podejdź bliżej, posmakujesz zupy.
    Jego ciężkie buty obudziły skrzypiącą podłogę, gdy dużymi krokami zbliżył się do zawalonego warzywami stołu.
    Stał teraz bardzo blisko Agnes. Czuł wyraźnie jej zapach, tę mieszankę kwiatów, gorący oddech niosący ze sobą subtelną woń brzoskwiń.
    Minęła chwila nim dziewczyna poruszyła się wreszcie i nabrała łyżką zupy z garnka. Podsunęła mu ją pod nos.
    – I jak pachnie?
    – Jak pożar w prosektorium.
    Pomieszczenie wypełnił melodyjny, kobiecy śmiech.


  • Poświata

    Pomarańczowa poświata wydobywała z mroku brudne twarze żołnierzy stojących na skraju linii lasu.
    Łąkę przed nimi dawno przygniotła już noc. Puste pole otwierało się na rozciągnięty po horyzoncie kręgosłup miasta, na którym wirowały ognie niezliczonych pożarów. W niebo bił czerwony żar i rozlewał się nad zgliszczami ponurą łuną.
    Stojący na przedzie oddziału technik poprawił poobijany plecak z radiostacją i odwrócił się nagle z dziwnym uśmiechem:
    – Panowie. Odkryłem właśnie jedyne uniwersalne i zupełnie ponadczasowe lekarstwo na międzygalaktyczny komunizm, na nieszczęśliwą miłość, na tę aktorkę z naszego teatru, na brak wina, na drakkeny i wrogą armię, na dziesiątkujące ludzkość zarazy. Na wszystko ogółem.
    Gdzieś na wschodzie rozległ się straszliwy łomot i towarzysząca mu kanonada świstów. Znad lasu w oddali wzbiły się dziesiątki jasnych smug. Za rakietami ciągnęły się ogony iskier, jeden za drugim, i przelatywały nisko nad lasem by uderzyć w końcu w rozsypane na przedmieściach łańcuchy kamienic.
    – A cóż to za lekarstwo? – mruknął ktoś z tyłu.
    – Napalm.


«Poprzednia strona
1 … 4 5 6 7
Następna strona»

© 2025 – Marcin Brojanowski

kurtyna opada