Widmoland

  • Iskry
  • Miniatury
  • Autor
  • Generał

    – Nie jestem generałem, Dima! – huknął sierżant Löse. – Przestań mnie wreszcie tak nazywać!
    Barczysty podoficer przeszedł przez próg i zamaszystym ruchem zatrzasnął za sobą drzwi.
    W ciemnym pomieszczeniu zapadła cisza. Pozostał w nim wyprostowany jak struna żołnierz o młodej, wychudzonej twarzy pokrytej perłami potu. Malował się na niej wyraz głębokiej konsternacji. Jedna brew uniesiona wyżej, brązowe oczy wpatrzone pusto w zaszronione okno, przez które sączyło się do środka mdłe światło widmolandzkiego poranka.
    – Przeklęte typy z Inspektoratu – wycedził ktoś na zewnątrz.
    Drzwi otworzyły się z rozmachem, przeciąg zaciągnął ze sobą trochę śniegu, a do środka wszedł kapitan Zima w futrzanym płaszczu. Ściągnął rękawice, otrzepał buty i ruszył korytarzem w kierunku swojego gabinetu.
    – Dima, zaparz mi herbatę – rzucił za sobą.
    Skamieniały chłopak prawie podskoczył na te słowa. Uśmiechnął się szeroko, a jego spojrzenie nabrało życia. Nareszcie miał zajęcie!
    Złapał haust powietrza i uniósł wysoko głowę:
    – Tajest, generale!


  • Pluton

    Goniec rzucił się przed siebie i padł na twarz, a ziemia za nim bryznęła w górę ciemnym gejzerem i zasypała wszystko wokół pyłem.
    Mężczyzna otworzył załzawione od dymu oczy i rozejrzał się szybko po płytkim okopie, który ciągnął się po lesie poszarpaną wstęgą.
    Przywodziła ona na myśl wyschnięte koryto rzeki. Wśród drzew świstały co chwilę jasne smugi pocisków, a po puszczy przewalało się echo odległych wybuchów i głuchy terkot broni maszynowej. Wysunięte zza umocnień karabiny straszyły długimi bagnetami o zardzewiałych i wyszczerbionych ostrzach. Ciemnoszare mundury, szaliki, chusty, bandany, a przede wszystkim trupie czaszki ponad zdobionymi wizerunkami smoków pagonami sugerowały, że dziesiątki żołnierzy wokół należały do którejś z widmolandzkich kompanii karnych.
    Kurier przekręcił się na bok i spojrzał prosto w puste oczy leżącego na plecach piechociarza, który mocował się z zamkiem karabinu:
    – Kto tutaj dowodzi?
    – A skąd ja mam wiedzieć? – rzucił tamten beznamiętnie. – Ja tu jestem rekreacyjnie.
    Z każdym kolejnym jego słowem unosząca się wokół woń alkoholu wzbierała na sile. Posłaniec posłał długie spojrzenie manierce, która wisiała u pasa jego rozmówcy. Zdobił ją błękitny wizerunek kawalerzysty, który przywiódł ze sobą wspomnienie jadącej ulicą gwardii cesarskiej.
    Mężczyzna drgnął nerwowo, gdy z zamyślenia wyrwał go odległy krzyk.
    – Czy wszyscy w tym okopie są pijani? – zapytał nagle.
    – Chyba nie widziałeś innych plutonów.
    Mechanizm wewnątrz broni zaskoczył wreszcie z metalicznym szczękiem, a zimne oblicze żołnierza na moment wypełnił drapieżny uśmiech satysfakcji.
    Goniec, całkowicie już zbity z tropu, spróbował ponownie:
    – Muszę przekazać wieści dowództwu. Gdzie jest wasz Sztab? – tłumaczył żywo. – W dłuższej perspektywie grozi wam uderzenie z zachodu. Wbijają się wam powoli we flankę.
    – Nam nie grozi dłuższa perspektywa.


  • Metadon

    Kolejny głuchy huk zatrząsł hermetycznie szczelną komorą.
    Niebieskie rozbłyski tańczyły przez chwilę na przyciemnianych goglach mężczyzny stojącego po drugiej stronie szyby.
    – Testy zderzeniowe są jak metadon dla narkomana – przełknął głośno ślinę. – Wie pan, kapitanie… manekiny nie krzyczą.
    Oparty o ścianę kapitan Zima posłał mu pełne współczucia spojrzenie i przeniósł je z powrotem na wypełnione metalowymi odłamkami wnętrze kabiny. Pod zimną maską stoickiego spokoju kryła się chęć sięgnięcia do kabury.
    „Wariat jakiś” – pomyślał oficer i przez chwilę zastanawiał się czy nie wypowiedział tego na głos.
    – Proszę zapewnić Stolicę, że my tutaj w Inspektoracie dołożymy wszelkich starań, by prototyp wzbił się w powietrze jeszcze w tym roku – powiedział naukowiec i ruszył żwawo w kierunku wyjścia.
    – Proszę za mną, kapitanie, pokażę panu drakkeny.


  • Nekromanta

    W dusznych murach pracowni alchemicznej krzątają się rozlane w ciemności postury dwóch mężczyzn. Płyn wirujący wolno w miedzianym naczyniu fosforyzuje zieloną poświatą, która oświetla pochylonego nad opasłą księgą Nekromantę. Widmowe światło rysuje na ścianie kontury człowieka o twarzy zasłoniętej maską z rogatej czaszki jelenia. Skórzana rękawica trzeszczy, zaciska się na czymś, i do garnka skapuje powoli krew.
    Stojący nieco w tyle młody adept sztuki tajemnej przygląda się wszystkiemu uważnie i wodzi wzrokiem od złowrogiej postaci Mistrza do próbówek i przyrządów na stole.
    Wreszcie jego spojrzenie skupia się na flaszce alkoholu:
    – A ta wódka to po co, Mistrzu?
    – Do picia, debilu.


«Poprzednia strona
1 … 5 6 7

© 2025 – Marcin Brojanowski

kurtyna opada