Widmoland

  • Iskry
  • Miniatury
  • Autor
  • Miłość

    Ze ściany pyłu wyłoniło się dwóch jeźdźców.
    Niosły ich stępem kare konie o bujnych grzywach i potężnych pyskach. Sprawiały wrażenie lepiej zadbanych od siedzących na nich mężczyzn owiniętych poszarpanymi płaszczami. Wierzchowce objuczyli tobołami, a przez plecy przewiesili karabiny. Obaj kiwali się sennie w siodłach, jeden leżał prawie na łbie klaczy i kurczowo trzymał się za brzuch. Po twarzy spływał mu pot.
    Główna ulica miasta wyglądała jak zwęglony koryto obsypane z obu stron zgliszczami. Ciał było niewiele. Większość dawno rozsypała się w popiół płynący nadal nisko nad ziemią. Temperatura stopiła nawet dachówki kamienic. Zastygły w dziwnych formach, przemieszane z kawałkami betonu i powyginanymi latarniami wystającymi z leja pod różnymi kątami.
    Choć kilka godzin temu panował tu ogień, okolica pogrążona była w martwej ciszy. Słychać było tylko stukot kopyt.
    Jeźdźcy zatrzymali się przed budynkiem restauracji. Jej górne piętro rozsypało się po całej okolicy jak uderzone tornadem.
    Na krawężniku siedziała wybrudzona sadzą kobieta w grubej kurtce. Na głowie wykwitł jej paskudny siniak, a spojrzenie miała nieobecne, zamglone.
    Jeden z mężczyzn podjechał bliżej.
    – Uszanowanie. W którą stronę poleciał? – zapytał.
    – Co? Kto?
    – W którą stronę poleciał drakken?
    Zastygła w bezruchu. Jeździec czekał cierpliwie.
    Po chwili kobieta ocknęła się i drżącą dłonią wskazała w stronę gór widocznych ponad linią spalonych dachów.
    – Poleciał na Zimnicę. On… On chyba czegoś szuka…
    „Oj, tak. Wspaniały z niego kompas” – pomyślał jej rozmówca.
    – Dziękuję.
    – Uważajcie na siebie – dodała.
    – Dobrze. Nam tam wszystko jedno. Pokój z tobą – mruknął z przekąsem.
    Wyciągnął w jej kierunku otwartą dłoń w cesarskim pozdrowieniu, a potem kiwnął głową na kamrata i już mieli odjechać, gdy kobieta znów się odezwała:
    – Panowie wojskowi?
    – 2 Widmolandzka Kompania Coś-Tam, Coś-Tam. Już nawet nie pamiętam – odparł jeden z żołnierzy.
    Drugi cały czas milczał. Obserwował tylko ulicę udręczonym wzrokiem. Jedną ręką uciskał punkt pod żebrem, a drugą położył lekko na kaburze pistoletu.
    Pani siedząca na ziemi rozbudziła się już całkiem i spoglądała na nich wzrokiem pełnym nadziei i ekscytacji:
    – Mój syn. Widzieliście mojego syna? – zapytała.
    – Nikogo nie widzieliśmy.
    – Może poszedł na wschód… – powiedziała bardziej do siebie.
    – Wschodu już nie ma. Niech pani tu zostanie. Dobra rada od złych ludzi.
    – Panowie, musicie mi pomóc go znaleźć, proszę.
    – Nie musimy. Żegnaj.
    Po tych słowach żołnierze ruszyli naprzód. Kobieta uporczywie szła za nimi, utykając na jedną nogę. Próbowała złapać za lejce, ale nie mogła nadążyć za tempem i szybko została w tyle.
    – Ma pan dzieci? – zawołała za malejącymi postaciami.
    – A skąd ja mam wiedzieć? – odkrzyknął jeździec.
    Zbiło ją to z tropu. Zatrzymała się na skrzyżowaniu i patrzyła żałośnie na oddalających się mężczyzn. Konie przeszły w kłus i zaczęły powoli znikać w ścianie pyłu rozciągniętej przez ulicę.
    – Niech się panowie zatrzymają! W imię miłości!
    Dobiegł ją zimny śmiech.
    – Miłość? A co to takiego? To się pije?


  • Mgła

    Deszcz zacinał wściekle i lał się strugami po głowach ludzi kryjących się za zwalonym konarem.
    Oparte o niego karabiny celowały długimi bagnetami we mgłę, która tej księżycowej nocy sunęła wolno przez las. Pomiędzy drzewami wiła się niebieskawa toń. Rozpraszało ją tylko blade światło płynące smugami przez gęste morze liści w górze.
    Gdzieś na krańcach pola widzenia czaiły się powykręcane kształty. Czasem przypominały pnie drzew, innym razem nocną zwierzynę, a niekiedy wydłużały się niepokojąco i zmęczone umysły żołnierzy odnajdywały w tym widoku ludzkie sylwetki.
    Palce drżały na spustach.
    – Jeżeli któryś strzeli, to zatłukę – oświadczył sierżant.
    – Patrzą się na nas. Jak ja nienawidzę tego lasu. Przecież nawet nie ma pełni, a one wyłażą. Za nic mają przyzwoitość – wyszeptał ktoś obok.
    – Ty, poeta, stul pysk.
    – Racja. Kto wie, co im może przyjść na myśl w tych dzikich umysłach.
    – Zamkniesz się wreszcie?
    Nie usłyszeli nawet, gdy od strony obozu podszedł do nich inkwizytor.
    Był to Reinhart, postać znana w Widmolandzie. Ciągnęło się za nim pasmo dziwnych historii i jeszcze dziwniejszych plotek, z których wiele urosło do rozmiarów baśni. Czasem straszono nim niesforne dzieci.
    Otaczała go specyficzna aura budząca zimne dreszcze na plecach. Może to tylko blask księżyca, a może rzeczywiście oczy błyszczały mu jak u wilka.
    Pod zwykłym wojskowym płaszczem kryło się coś przypominającego skórzany pancerz. Przy pasie wisiał lekko zakrzywiony miecz, a na drugim biodrze kabura z pistoletem.
    Żołnierze zesztywnieli. Patrzyli gdzieś na boki, omijali spojrzeniami pokrytą bliznami twarz nocnego gościa.
    Sierżant jako jedyny próbował coś powiedzieć, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle i tylko niezręcznie chrząknął, a potem wyciągnął palec we mgłę.
    Jej zimne macki przysuwały się coraz bliżej, a zatopione w niej cienie ożywiły się.
    Inkwizytor wyciągnął miecz z pochwy i ruszył przed siebie.
    Kroki stawiał ostrożnie i bezgłośnie.
    Zatrzymał się raptownie, gdy jego sylwetka była już tak oddalona, że sama zamieniła się prawie w jedną z tych fantasmagorii.
    Rozłożył szeroko ręce i dało się słyszeć wyraźne:
    – Jakiś problem?
    Pytanie zawisło w powietrzu.
    Kształty poruszały się jeszcze chwilę, jakby oceniając sytuację, a potem zaczęły wolno cofać się i rozpływać w noc.
    Reinhart schował miecz i szybkim krokiem wrócił w stronę oddziału. Żołnierze rozsunęli się, gdy przeszedł po konarze i ruszył w głąb obozu.
    – Koty, koty… – mruczał.
    W chłodnym powietrzu niosło się nawoływanie jakiegoś nocnego ptaka, a mgła przestała już zachowywać się nadzwyczajnie. Nadal jednak mogło w sobie kryć wszystko, bo nic nie było pewne w tych lasach.
    Pierwszy odezwał się oddziałowy poeta:
    – Boję się tego naszego inkwizytora, sierżancie.
    – To jest nas dwóch.


  • 2

    Birds circling up high–
    I breathe out slowly to be
    the one with the sea.


  • 1

    One windy morning
    the Moon fell on the mountains.
    They swallowed it whole.


  • Czołg

    Taksówkarz przyglądał się z zaciekawieniem krzątaninie przy czołgu zaparkowanym po drugiej stronie ulicy. Odwijał kolejną bułkę z papieru i chłonął wzrokiem rzadki widok.
    To była jedna z tych wielkich, zdobycznych maszyn używanych podczas Zamieci. Dziesiątki ton czarnego metalu wyrzucały z siebie kłęby dymu w takt miarowego warkotu ogromnego silnika. Wygiętą wybuchem kanciastą wieżę pokrywała siatka maskująca, która, źle zamocowana, powiewała swobodnie na wietrze. Na tylnej płycie pancernej ktoś wymalował niedbały napis: „Gońcie się z tym przeciwpancernym”. Te obite pociskami blachy mogły mieć i sto lat, jak nie więcej.
    Wcale nie zmniejszało to zagrożenia, które niosła ze sobą dziesięciometrowa lufa o niszczycielskim kalibrze. Wycelowano ją nonszalancko w budynek poczty.
    Ostatni żołnierz wybiegł z monopolowego z pamiątką pod pachą i wskoczył zgrabnie na błotnik czołgu. Siedzący wyżej zastukali w klapę i stalowe monstrum ruszyło przed siebie z zadziwiającą werwą, zrywając za sobą kilka płytek chodnikowych.
    Kierowca przyjrzał się malejącym sylwetkom czołgistów.
    „Typowe widmolandzkie jegry. Co za trepy. Ich to chyba partiami robią po tych przeklętych lasach” – pomyślał z zażenowaniem i wgryzł się w drugie śniadanie.
    Wtem drzwi taksówki otworzyły się i do środka wpadł wysoki mężczyzna w jasnym płaszczu i kapeluszu na głowie. Wyglądał jak agent Dozoru, łowca nagród, a może jakiś inny awanturnik.
    – Za tamtym czołgiem! – huknął.
    Taksówkarz westchnął, upuścił bułkę i depnął na gaz.
    Nie należał do ludzi, którzy całe życie czekali na ten kurs, więc bez nuty ekscytacji oglądał w lusterku jak tamten wysypuje na kolana naboje, odchyla bębenek rewolweru i ładuje go trzęsącymi się rękoma.
    Samochód wpadł w zakręt i wjechał w wąską ulicę, zostawiając za sobą osłupiałych przechodniów. Ludzie w kawiarniach podnosili głowy, zaskoczeni piskiem opon taksówki pędzącej pomiędzy wysokimi kamienicami.
    Odległość dzieląca ją od czołgu zdawała się jednakże nie zmniejszać.
    Pasażer syknął coś pod nosem.
    – Czy ta pucha może jechać szybciej? – wybuchnął w końcu.
    – No pewnie. Już wchodzę w nadprzestrzeń.


  • Niebo

    Ludzie spadali z nieba.
    Ktoś rozbił się o asfalt kilkanaście metrów przed leżącym na ulicy szeregowym Maderą. Plecak odrzutowy trzasnął w chodnik, lecz nie wybuchł. Nie można było powiedzieć tego samego o ludzkiej pochodni, która wystrzeliła ze zwartej ściany chmur i znikła gdzieś za poszarpanymi budynkami, wlokąc za sobą warkocz czarnego dymu.
    Niebo płonęło tego wieczoru i ryczało wizgiem silników myśliwców. Na ziemi wcale nie było lepiej. Po ulicach przelewała się fala ognia i łomot wystrzałów, nad budynkami świszczały jaskrawe światła pocisków, a ludzie wciąż spadali z nieba.
    Madera czołgał się pomiędzy wrakami pojazdów, a jego uszy wypełniał nasiąknięty adrenaliną szum. Lewą nogę miał już całkiem bezwładną i ciągnął ją za sobą razem ze śladem krwi. Zaciskał zęby i jęczał przy każdym podciągnięciu się naprzód.
    W pewnym momencie poczuł szarpnięcie przy karku i zorientował się, że ktoś ciągnie go w kierunku niskiego murku przecinającego rozległy plac. Nie miał siły się wyrwać, lecz spróbował obrócić głowę i zobaczył błękitną manierkę wiszącą u wojskowego pasa. Kumpel z oddziału, nareszcie.
    – Desant swoich nie zostawia – wysapał Torpeda, gdy dowlókł go do osłony. – Wal na lewo!
    Madera obrócił się na bok i na moment świat poczerniał mu z bólu. Oparł karabin o cegły i wziął na muszkę ciemną sylwetkę przebiegającą między budynkami.
    Nacisnął spust.
    Lufa rzygnęła krótką serią i tamten padł na ziemię. Szeregowy patrzył chwilę na nieruchome ciało, a po chwili zabrał je dym, który snuł się nisko nad ulicą.
    Noga paliła ogniem, rana pod bokiem rwała jak szkło, a ludzie wciąż spadali z nieba. Łzy napływały mu do oczu. Rozmowa. Nie można wariować.
    Spojrzał na kolegę i przez chwilę szukał słów.
    – Torpeda…
    – Co?
    – Dlaczego ty tu ciągle jesteś? Wielu zwątpiło. Niektórzy zmienili obóz.
    Jego towarzysz pociągnął łyk z manierki i spojrzał mu prosto w oczy.
    – Stawiałem kiedyś płot. Nadszedł wieczór, zacząłem składać już narzędzia, a tu z krzaków wyłania się mój sąsiad i mówi: „Janek, jak coś się zaczęło, to trzeba to skończyć”. Właśnie ta wioskowa mądrość jest głównym wytłumaczeniem mojej obecności tutaj – powiedział cicho. – My zaczęliśmy tę awanturę i my ją skończymy.
    – Liczyłem na jakąś… bardziej sensacyjną odpowiedź – mruknął Madera.
    Zimne oczy Torpedy rozbłysły.
    – Dobrze. Ja tak naprawdę lubię to wszystko. Lubię ten jazgot, chaos, zapach benzyny. Tyle śmierci wokół sprawia, że pierwszy raz czuję się naprawdę żywy.
    – Teraz żałuję, że w ogóle pytałem.


«Poprzednia strona
1 … 3 4 5 6 7
Następna strona»

© 2025 – Marcin Brojanowski

kurtyna opada