Widmoland

  • Iskry
  • Miniatury
  • Autor
  • 5

    A clap of thunder–
    vast fields of ripe wheat shiver
    in the scorching sun.


  • Deszcz

    Był to pierwszy deszcz po tygodniach suszy.
    Ciężkie krople zalewały ulicę falami lejącymi się przez dachy kamienic. Szare mury i drewniane okiennice rozpływały się w przysłaniającej wszystko mgiełce i niebieskawych odcieniach nadciągającej ciemności. Strugi wody odsłaniały wgłębienia w betonowych płytkach i ciągnęły się wzdłuż chodników, mocząc też skórzane buty człowieka w płaszczu.
    Stał w ulewie już od kilku minut, z nieskrywaną ulgą przyjmując wieczorny chłód i wyciągając ręce ku niebu. Szczerzył zęby jak dziecko, choć zmarszczki na jego twarzy i bielmo na lewym oku nadawały mu surowy wygląd. Wbrew pozorom ten serdeczny uśmiech nie miał żadnego związku z pogodą.
    Chwilę temu starzec wyszedł cicho z ciemnej bramy domu. Jego dłonie spływały krwią, rozległe kieszenie wypełnione były pamiątkami, których odcięcia nie mógł sobie odmówić, a szczerze wierzył, że ich obecność w każdym wywarze podniesie jego walory alchemiczne i smakowe. Wiedział też, że Dozór depcze mu po piętach, lecz pozwolił sobie na chwilę odpoczynku i stał pośrodku burzy. Czekał aż niedawne krzyki wsiąkną dobrze w pamięć.
    Grzmoty zagłuszyły silnik podjeżdżającego samochodu i zbliżające się kroki.
    Przez szum wody przebił się spokojny głos:
    – Dobry wieczór, czy ma pan chwilę, aby porozmawiać o nekromancji?
    – Co?
    Starzec odwrócił się gwałtownie, a jego zdrowe oko rozszerzyło się na widok szybko zbliżającej się pięści.
    Rozległ się cichy trzask łamanego nosa i mężczyzna upadł prosto w kałużę.
    Próbował wstać, ale impet uderzenia całkowicie go rozbił, więc sięgnął do pasa, by złapać za rewolwer. Był szybki jak na swój wiek, lecz niewystarczająco.
    Jeden kopniak wytrącił mu broń z ręki, drugi wbił się szpicą w podbrzusze.
    Ból był tak paraliżujący, że niedoszły nekromanta przez chwilę nie mógł złapać oddechu i zebrać myśli. Nie był też w stanie stawić oporu napastnikowi, który chwycił go za nogę i bezceremonialnie ciągnął go po ziemi w kierunku samochodu.
    Ostrość wzroku wróciła dopiero, gdy głowa starca oparła się o tylne koło wozu, tuż przy sapiącej spalinami rurze wydechowej.
    Ciepła krew ciekła mu po twarzy wprost do ust, mieszała się z deszczówką i smakowała znacznie gorzej od cudzej.
    Starzec jęknął i spojrzał na wysokiego mężczyznę nad sobą. Znał tę twarz. Agent Chomsky, pies z Dozoru, odwieczny adorator młodej właścicielki pobliskiej knajpy. Że też ze wszystkich agentów to musiał być akurat taki szczeniak.
    – Pakuj się do środka – rzucił detektyw podnosząc klapę bagażnika.
    Nekromanta obrócił głowę i spojrzał do środka, prosto w przerażone oczy leżącej w środku postaci o skrępowanych rękach i nogach. Był to Anton, uliczny pijaczyna znany w okolicy z tego, że każdą propozycję uczciwej pracy odrzucał warknięciem: „Nie będziesz mi mówić jak mam żyć”.
    Co ta kreatura mogła mieć z tym wszystkim wspólnego?
    – Właź do środka.
    – Ale… tam już ktoś jest.
    – Świetnie. Może się zaprzyjaźnicie.


  • 4

    Shoes left on the shore–
    the sound of waves building up
    against the dry sand.


  • Serwus

    Tłum ludzi przesuwał się leniwie po szerokim moście łączącym brzegi potężnej rzeki przecinającej Stolicę. Filary z jasnego marmuru podpierały ponad dwieście metrów konstrukcji naprężonej pod ciężarem kolumny pojazdów opancerzonych.
    Wojskowa logistyka od lat zakładała omijanie cesarskiej metropolis i puszczanie ruchu po obwodnicy za Smoczą Doliną, lecz tym razem potrzeba zadecydowała inaczej.
    Długa linia maszyn ciągnęła się przez miasto nieprzerwanie od prawie godziny, a żandarmeria rozstawiona wzdłuż ulic dbała o jej sprawny przejazd. Wyjątkowo, by wesprzeć siły porządkowe, ściągnięto kilka plutonów piechoty z jednego z widmolandzkich fortów. Był to pomysł nie mający punktów wspólnych ze zdrowym rozsądkiem.
    W dole, na kamiennym pomoście pod przęsłem wystającym z brzegu, rozłożyła się grupa inżynierów. Co chwilę wyciągali coś z ciężkich skrzyń ustawionych w cieniu słupów, zerkali w okulary urządzeń pomiarowych i obserwowali wytrzymałość konstrukcji. Całe przedsięwzięcie po to, by setki ton jadącego żelastwa i ciekawscy ludzie, których żandarmeria miejska próbowała ściągnąć z mostu, nie runęli w zimną toń.
    Technikom przewodziła kobieta w ciemnych goglach, jasnej koszuli i spodniach z brązowej skóry. Materiał napiął się do granic możliwości.
    – Spójrz na nią. Rwałbym jak gąsienica czołgu trupa na drodze.
    – Ja też.
    Dialog wywiązał się pomiędzy dwoma żołnierzami w szarych mundurach wojsk widmolandzkich. Twarze mieli całe w bliznach, oczy podkrążone, zapadnięte, a brody pokryte twardym zarostem. Obaj stali oparci o barierkę na wysokości wjazdu na most i obserwowali z góry ludzi pracujących przy aparaturze pomiarowej.
    Choć ich zadaniem było dbanie o bezpieczeństwo przechodniów i kontrola natężonego ruchu, który dławił się na ulicach zatkanych wojskowym konwojem, nie interesowało ich żadne z powyższych. Zerkali co chwilę na krągłe kształty pani inżynier, jak wygłodniałe psy, mięli też w ustach długie źdźbła trawy wyrwane z jednej z wielkich, ozdobnych donic rozstawionych wzdłuż chodnika.
    – Przepraszam bardzo. Czy musicie być panowie tacy chamscy? – odezwała się nagle stojąca nieopodal kobieta.
    – Nie musimy, ale będziemy.
    Jedno zdanie zamknęło jej usta. Pokręciła z zażenowaniem głową, odwróciła się z powrotem w kierunku rzeki i wróciła do obserwowania zmarszczek na wodzie, lecz jej usta zamieniły się w cienką, białą linię.
    Wtem gdzieś za plecami żołnierzy zaryczał silnik, a stalowa bestia o wieży najeżonej antenami zatrzymała się tuż obok nich.
    Jeden z trepów spojrzał na niewielką odległość dzielącą jego buty od gąsienic czołgu, a jego wilcze spojrzenie przeniosło się powoli wzdłuż ciemnych płyt pancernych na klapę u szczytu maszyny. Wystawał z niej tors człowieka w skórzanej kurtce i goglach odsuniętych na czoło. Pod nimi błyszczał jasny uśmiech.
    – Serwus! – wypalił radośnie w ich kierunku. – Szare mundury, czaszki na pagonach, co? Ściągnęli was aż z Widmolandu, co? Żandarmeria nie radzi sobie sama, co?
    Nie odpowiedzieli.
    Stali przy barierce jak dwa kamienne posągi wpatrzone w czołgistę, a jedyną zmianą w ich wyglądzie był fakt, że przestali żuć trawę. Powietrze zgęstniało, a uśmiech żołnierza na wieży pojazdu rozpłynął się. Jego miejsce zastąpiło zakłopotanie.
    Zabębnił palcami o blat tarczy ochronnej i odchrząknął.
    Postanowił zacząć od nowa:
    – Ja wiem, że staracie się nas przepchnąć przez miasto jak najszybciej, ale jest sprawa. Przecieka nam zbiornik paliwa i musimy się tu gdzieś zatrzymać i to załatać. Możemy?
    Oczy jednego z Widmolandczyków rozbłysły nagle i pokiwał żywo głową.
    – No pewnie! Mamy tu niedaleko parking dla czołgów. Tuż przy przedszkolu.
    – Poważnie?
    – Nie. Wypierdalaj.


  • Uwodzenie

    – Co to w ogóle za pytanie? – parsknęła kobieta przy drugim końcu baru.
    Żołnierz wzruszył tylko ramionami i przysunął się bliżej niej.
    Wokół było ciemno i pusto. Radio grało cicho z szafy zastawionej butelkami, a za oknami kłębiła się noc i wątłe światła latarni. W głębi lokalu siedziała jeszcze jakaś obściskująca się para i starszy mężczyzna układający w swoim talerzu wzory z makaronu, lecz poza nimi nie było tu już nikogo.
    – Ależ to pytanie kluczowe… – wyrzucił z siebie wojak.
    Nachylił się jeszcze bardziej ku niej. Wionęło od niego wódką i potem. Mokre włosy opadały mu na oczy i odgarniał je co chwilę ręką uzbrojoną w kieliszek. Drugą opierał się o bar.
    Jego nowa znajoma poprawiała fałdy niebieskiej sukni, zastanawiając się przy tym czy już nie pora przerwać tej pogawędki. Powoli przestawało ją to bawić.
    – Siergiej Madera! Ty kito złamana! – huknął ktoś od progu.
    Wszystkie oczy zwróciły się w stronę otwartych drzwi.
    Stał tam człowiek w ciemnym mundurze przesiąkniętym deszczem. Przy jego nodze wisiała sztywno zamocowana kabura, z której wystawał bagnet. Na drugim biodrze pistolet. Długie buty ze skóry całe oblepione błotem. Widok ten dopełniał zmęczony wzrok rzucający gromy.
    Mężczyzna ruszył długimi krokami przez pomieszczenie i gwałtownie złapał Maderę za ubranie, próbując odciągnąć go od lady. Tamten trzymał się jednak kurczowo i rzucał pod nosem wiązanki twardych, zordańskich przekleństw.
    – Gustaw, zostaw mnie, ja tu mam niezałatwione sprawy…
    – Torpeda mówił, że cię cegłą przywita, jak przed świtem nie będziesz w forcie – warknął i trzasnął go otwartą ręką przez głowę. – Przepraszam panią najmocniej za tego durnia… – dodał zwracając się do dziewczyny.
    – Nic nie szkodzi. On jest całkiem niegroźny – odparła z uśmiechem.
    – Ja?! Niegroźny?! – wybuchnął Siergiej.
    Próbował się wyrwać i wił się dziko, lecz Gustaw nie puszczał.
    – Znowu całej jednostce wstyd przynosisz, parszywa larwo.
    Madera, zrezygnowany, przestał się rzucać i obrócił ku niemu swoje przekrwione oczy. Następnie uwiesił się jego szyi i porwał się na dramatyczny szept, który niósł się jednak po całym pomieszczeniu:
    – Nie przynoszę nam wstydu! Powiedziałem jej, że jestem z Kompanii C.
    – Ty trepie…
    – Poczekaj. Tylko się o coś zapytam i wracam z tobą, bez szarpanek. Stoi?
    Gustaw kiwnął krótko głową, dalej nie zwalniając uścisku, a tamten odwrócił się z powrotem do lady i przechylił gwałtownie kieliszek.
    Potem kaszlnął i zaczął śmiertelnie poważnie:
    – Agnes. Czy jesteś kobietą?
    Uniosła brew.
    – Oczywiście…
    – Możliwe, możliwe. Nie widziałem cię nago, więc nie mam pewności – westchnął ciężko, czując zaciskające się na jego ramionach dłonie Gustawa. – No dobrze, miejmy to już za sobą, czas nagli.
    – Nie rozumiem.
    – Możesz się rozebrać.


  • 3

    Outside my window
    a nightly guest looms stilly
    but never enters.


«Poprzednia strona
1 2 3 4 5 6 7
Następna strona»

© 2025 – Marcin Brojanowski

kurtyna opada