Widmoland

  • Iskry
  • Miniatury
  • Autor
  • Arystokraci

    Pocisk drasnął jej ramię.
    Vivienne zacisnęła zęby i opadła gwałtownie drugim bokiem na ścianę korytarza. Dało jej to wystarczające podparcie by oddać przed siebie na ślepo trzy strzały.
    Gdzieś w półmroku przed nią zwalił się na posadzkę martwy cień.
    Drugi akolita wyskoczył zza winkla z nożem w ręku. Kaptur czarnej szaty mnicha miał odrzucony na plecy. Odsłaniał bladą twarz ziejącą śliną i szaleństwem. Choć jego oczy były puste, ślepe, zalane atramentem narkotyku, błyskawicznie zwrócił się ku rannej agentce Dozoru, tłukąc buciorami o posadzkę i wrzeszcząc nieskładnie, zupełnie jakby prowadziła go tylko woń jej krwi.
    Nie zdążył nawet podnieść ostrza w górę.
    Rozległ się głuchy łomot kolejnego wystrzału.
    Trafiła go w szyję. Wąski strumień krwi bryzgnął na ścianę, akolita zachwiał się w biegu, prawie upadł, lecz zatrzymała go dopiero druga kula roztrzaskująca mu skroń w rozbłysku światła. W powietrzu rozprysła się czerwona smuga przemieszana z kawałkami czaszki, a on sam huknął o spróchniałe deski jak pacynka, którą ktoś odciął od linek.
    Vivienne wyrzuciła z siebie długie westchnienie ulgi i spojrzała na rękaw swojej brunatnej kurtki. Szybko ciemniał od krwi.
    Zdjęła z siebie okrycie, odsłaniając oliwkową cerę wychowanej w słońcu cesarskiej Stolicy, a następnie ciasno opatrzyła ranę, cały czas mierząc bronią w pustkę korytarza. Pomogła sobie zębami, używając wąskiego kłębka bandaża schowanego przy pasie.
    Chwyciła pistolet oburącz i powoli ruszyła przed siebie, oddychając płytko przez półotwarte usta, czując pot perlący się na jej smukłej twarzy, ściekający wzdłuż ostrych linii opalonych policzków. Okalał jej oczy słonymi smugami.
    Zakrwawioną kurtkę zostawiła za sobą, co w każdym innym przypadku byłoby śmiercionośnym błędem, lecz nie miało to już znaczenia. Umazane arteriami ściany dowodziły tego, że wyznawcy kultu dawno zdążyli już wpaść w szał, a gra zamieniła się z łowów w rozganianie rozwścieczonego roju fanatyków.
    Jej uwagę zwróciły półotwarte drzwi przed klatką schodową.
    Otworzyła je powoli nogą i stanęła w progu.
    W niewielkiej sali zalanej ciepłym światłem wieczoru, przy dębowym stole, siedział rosły mężczyzna w ciemnoszarym mundurze karnej Kompanii Śmierci.
    Pomarańczowe refleksy słońca prześwitywały pomiędzy wzdętymi wiatrem firankami zawieszonymi przy wysokich, katedralnych oknach, tańcząc na zamyślonym obliczu żołnierza.
    Jego kwadratowa twarz, usiana rojem niewielkich blizn, jak po śrucie, poruszała się miarowo, przeżuwając kawałek posiłku. Masywna dłoń bez palca serdecznego wodziła widelcem po srebrnym talerzu i wybierała z niego kawałki mięsa.
    Przy bogato zastawionym stole siedziały jeszcze cztery osoby, lecz poza milczącym skazańcem nikt nie częstował się wczesną kolacją. Dwie panie w długich alabastrowych sukniach leżały z głowami w talerzach, młodzieniec o rudych włosach spoczął z głową zwisającą mu na pierś, a kolejny mężczyzna zastygł z ręką zaciśniętą na własnej szyi.
    Przez pomieszczenie niosło się tylko stukanie widelca i ciche pomlaskiwanie.
    Muszka i szczerbinka rewolweru spotkały się na twarzy żołnierza.
    – Daj mi jeden powód żebym cię nie rozwaliła – powiedziała Vivienne.
    Mężczyzna spojrzał niechętnie na lufę broni, ocenił jej długość i chyba nabrał nieco respektu, gdyż odłożył widelec, odchylił się w krześle i powiódł lubieżnym spojrzeniem od pełnych ud dziewczyny, jej brzucha, aż po piersi i opaloną twarz.
    – Jedzenie jest przepyszne, a jak mnie rozwalisz, ubrudzę mózgiem sałatkę.
    Zatrzymał wzrok na jej bandażu i przejechał językiem po zębach jak zły wilk z baśni.
    – Krwawisz – stwierdził głębokim głosem. – Co taka powabna agentka Dozoru robi tak daleko od Stolicy?
    – Co widmolandzki trep robi tak daleko od butelki wódki? – odgryzła się.
    – Mam wino – żachnął się i spojrzał na jej rękę. – Kto to?
    Mimowolnie zerknęła na swój kruczy tatuaż przedstawiający dwie nagie kobiety splecione w miłosnym uścisku. Ich ciała były obsypane zordańskimi runami, zapisane niewypowiedzianym, czarnoksięskim urokiem.
    – Lithdrae i Eludir.
    – Zordańskie boginie w ludzkiej postaci? I nie boisz się podciągać rękawów w tramwaju? – zapytał i pokiwał z uznaniem głowa. – A myślałem, że wy tam w stolicy wiecie tylko jak umierać.
    – Zaraz możesz mi zademonstrować widmolandzką wersję umierania – parsknęła. – Co się stało z tymi ludźmi? To twoja sprawka?
    – Chwyciła ich za gardła ponura proza Widmolandu.
    – Daruj sobie te szczeniackie odzywki. Jesteś tak zabawny jak nadgryzione trupy wiszące u bram Strzaskanej Korony, tylko polotu masz mniej.
    Żołnierz wybuchł na te słowa gromkim śmiechem.
    Zadudniło.
    Pocisk brzdęknął o srebrny pucharek z winem, posyłając go w kierunku ściany, i rykoszetował ze świstem, rozlewając szkarłat po całym stole.
    Jasne krople trunku spływały po bruzdach na twarzy mężczyzny, po jego zamkniętych powiekach, zaciśniętych ustach i opryskanym mundurze. Ręce automatycznie wyrzucił do góry i trzymał je tak, jakby czekał na kolejny strzał.
    – Mów – warknęła.
    – Spóźniłaś się o godzinę. Gdy wdrapałem się tu przez okno, oni już nie żyli. Musieli wiedzieć, że akolici Czarnego Sierpa otoczyli ich dom, że nie ma dla nich ratunku. Zrobili więc to, co arystokraci robią najlepiej… – otworzył jedno oko. – Napchali ryje smoczym mięsem, dosypali trucizny do kielichów i zdechli. Ten młody jeszcze się trząsł, gdy tu wszedłem. Mogłem go uratować, ale wolałem zjeść w spokoju.
    Vivienne opuściła w obrzydzeniu kąciki ust i wskazała mu głową okno.
    – Idziesz ze mną. Pokażesz mi drogę do Samotni.
    – No nie wiem, to chyba nie najlepszy pomysł – powiedział powoli.
    – A przestrzelił ci ktoś kiedyś dłoń?
    – Nie było jeszcze takiego odważnego.


  • 8

    Struggling with the Sun;
    faint silhouette of the Moon
    painted in deep blue.


  • Trupojad

    Ciało było cięższe od sumienia kata.
    Gdy złożyli je wreszcie w dziurze pod wbitą w ziemie łopatą, zajęło im dłuższą chwilę nim odzyskali oddech, dysząc chrapliwie w cieniu korony sinej olchy chylącej się ku nim jak szubienica.
    Wokół rozpościerały się zgniłe połacie Żelaznych Bagien, martwych trzęsawisk przetkanych niską wstęgą mgły, która owijała ciasno wystające z wody kikuty drzew i krzaków.
    Gdzieniegdzie można było również dostrzec przeżarte rdzą sylwetki pojazdów na wpół pożartych przez żarłoczny, gęsty muł.
    – Mogliśmy mu kazać go wykopać, jak na starych filmach… – stwierdził Douglass.
    – Przecież miał połamane ręce – odburknął Forrest.
    – No tak – wysapał. – Trzeba go będzie zasypać wapnem, bo go trupojady wywęszą.
    Douglass odetchnął wreszcie, odszedł kilka kroków od szpadla, pochylił się nad czarnym foliowym workiem pod nimi i rozpiął rozporek.
    – Co ty wyprawiasz?
    – Piwo ciśnie, a jemu i tak wszystko jedno…
    – Ale mnie nie!
    Wtem rozległ się za nimi urwany pisk, prawie skrzek.
    Odwrócili się synchronicznie jak tańczące figury z mechanicznych zegarów zdobiących przepastne ratusze cesarskiego Inspektoratu: Douglass z karabinem opartym niezręcznie o biodro, Forrest z pękniętym nożem w wielkiej łapie i równie spękanym garniturem wyszczerzonych zębów.
    Stał nie dalej jak trzydzieści metrów od nich.
    Nadgryziony grzyb wystawał mu z ust; może go właśnie jadł, a może mu wyrósł.
    Puste spojrzenie otwartych źrenic o barwie mleka z krwią, choć pozornie bez wyrazu, zdawało się mieć zaklęte w sobie przerażenie. Zastygł na chwilę w bezruchu w tej swojej porwanej kamizelce i drelichowych spodniach, a potem najwyraźniej porzucił nadzieję i rzucił się do ucieczki.
    Forrest splunął na ziemię.
    – Zbierał grzyby… jebany… – wyrzucił z niedowierzaniem. – No łap go!
    – Po co? Trupojady nie kapują.
    – Prędzej czy później wszyscy kapują, Douglass. Zwłaszcza trupojady.
    Po tych słowach wyrwał mu karabin i przesadził wykop długim susem kulawej gazeli, pędząc przed siebie chwiejnymi krokami, grzęznąc w błocie zatęchłego trzęsawiska i przeklinając nieco za duże buciory, które przymierzał przed chwilą, gdy jeszcze były ciepłe.
    – Gdyby to mnie mordowali, to nikt by tu nie przylazł, kurwa nikt! – ryczał oddalając się.
    Douglass westchnął, wsłuchał się chwilę w chlupot butów Forresta, w metaliczny klekot zaciętego magazynka karabinu, z którym walczył, w dzikie zawodzenie przegniłego turysty wspinającego się po wraku czołgu i rzucającego grzybami w goniącego go oprawcę.
    Spuścił wzrok na foliowy worek i sięgnął do rozporka.


  • 7

    The wind went silent…
    brown leaves still falling
    on the terracotta roofs.


  • Odłamki

    – Słyszałeś już o awanturze w Widmolandzie?
    – Moim zdaniem…
    Straszliwy huk zagłuszył nawet stukot jadącego za oknem tramwaju.
    Odłamki szkła i drewnianej framugi dmuchnęły w twarze siedzących przy stole mężczyzn, wyrzucone falą uderzeniową, która zmiotła ze stołu naczynia, a rozmawiających posłała na posadzkę. Leżeli tak chwilę bez ruchu, owiani dymem, dysząc ciężko wśród zbitej porcelany i powywracanych mebli.
    Pierwszy oczy otworzył inspektor Claes.
    – Janssen, żyjesz? – sapnął.
    – Żyję.
    – Po co?
    Zaśmiali się obaj i znów umilkli.
    Po chwili usłyszeli zbliżające się wycie syren odbijające się echem wśród kamienic.
    Claes wstał z jękiem, łapiąc się za plecy łupiące tępym bólem. Bezwiednie próbował przetkać uszy, w których wciąż zalegał pisk po wybuchu, i wodził wzrokiem po zrujnowanej kawiarni. Nie potrafił poskładać w całość obrazów dwojących mu się w oczach, znaleźć choćby jednej niezbitej butelki na barze, jednej ściany niewybrudzonej sadzą, jednego przytomnego gościa.
    Przed wyjściem na ulicę zerknął jeszcze na towarzysza.
    – Nie podnoś się. Sprawdzę co się tam dzieje.
    Na zewnątrz unosiła się szara kurzawa przysłaniająca słońce. Poruszały się w niej zgięte cienie ludzi. Niektórzy mieli twarze i ręce zalane krwią, inni szli chwiejnie w losowych kierunkach, patrzyli w pustkę. Wiele osób siedziało na krawężniku, drżąc i łkając, prowadząc przytłumione rozmowy przeplatane krzykami i jękami niosącymi się gdzieś zza ściany pyłu rozmazującej ulicę.
    Wbiegł w nią właśnie oddział miejskiej żandarmerii, niosąc ze sobą nosze i zielone torby, które wryły się w pamięć inspektora Claesa bardziej niż wszechobecny swąd spalenizny.
    Ruszył za żołnierzami w głąb skrzyżowania, powłócząc nogami, z piskiem w uszach, piaskiem w gardle.
    Szybko zobaczył płomienie i wijący się nad nimi czarny pióropusz dymu otulający przewrócony tramwaj.
    Potem dostrzegł ciała. I jeszcze więcej ciał.
    Leżały wszędzie gdzie gryząca zawierucha pozwoliła spojrzeć, kruche i osmalone, wiele z nich bez kończyn. Nad nimi poruszały się rozmazane sylwetki ludzi prowadzących dramatyczną walkę o ocalałych.
    Do uszu Claesa dotarły metaliczne uderzenia belki, którą jakiś żandarm próbował otworzyć zakleszczone drzwi.
    Wtedy ją zobaczył. Stała pomiędzy zgliszczami, ręce skrzyżowane na piersiach. Inspektor Declercq.
    Podszedł do niej ze zgrozą wyrysowaną na twarzy.
    – Nic panu nie jest Inspektorze Claes? – zapytała trochę obojętnie.
    – Jest… Nic…
    Wziął kilka głębokich wdechów, krztusząc się kurzem.
    – I co? – rzuciła Declercq. – Nie poznaję pana. Żadnego błyskotliwego żarciku, uroczej puenty?
    – Nie dziś.


  • 6

    Children long asleep.
    A moth moving its wet wings
    inside a closed jar.


«Poprzednia strona
1 2 3 4 5 … 7
Następna strona»

© 2025 – Marcin Brojanowski

kurtyna opada