Noc była ciepła, a jej oddech pachniał brzoskwinią.
Zadrżała, gdy jego szorstka dłoń musnęła jej ramię. Jej skóra była oliwkowym aksamitem, opalona i miękka, a jego palce chłodne i pełne blizn. Jednak każdy krąg, który nimi kreślił, przyspieszał jej oddech i rozchylał lekko usta.
– Siergiej, Bohater Północnej Rubieży Widmolandu – szepnęła. – Jak długo ze mną zostaniesz? Do świtu?
– Dopóki nie wezwie mnie Miłościwy Imperator.
Położyła palec na jego ustach.
– Dobrze. Tego wieczoru jednak jestem twoja, a ty mój.
Zsunęła z ramion złotą suknię. Tkanina, która dotąd opinała ciasno jej ciało, spłynęła krągłościami do bioder. Blask świec odsłonił niedopowiedzenia i cienie, gdy dziewczyna nachyliła się bliżej, prowadząc jego dłoń wzdłuż swego brzucha.
– Agnes…
Pierwsza kropla deszczu spadła na jej obojczyk.
Kolejna niżej, a potem następne, coraz cięższe.
Wtem deszcz objął go całego, lodowaty i przenikliwy. Wlał mu się brutalnie do nosa i gardła, a on mógł tylko zaciągnąć głębiej w płuca haust zimnej wody.
– Siergiej!
– Agnes!
Ściana wody uderzyła go w mostek i wydarła z jego piersi resztki oddechu. Obraz przed nim rozmazał się, a potem całkiem zgasł.
Dobiegły go znajome głosy.
– Niech go generał kopnie jeszcze raz. Chyba dycha.
– Madera! Siergiej, ty parszywy trepie! Obudź się!
Otworzył oczy i wziął głęboki oddech.
Od razu zakrztusił się piaskiem w ustach i złamał się w pół, zanosząc się od gwałtownego kaszlu. Zwinął się w kłębek w głębokiej kałuży, w której leżał.
Świat wracał powoli, boleśnie, jak przez mgłę. Dłonie, które jeszcze przed chwilą ściskały kobietę, teraz grzęzły w błocie i piasku. Woda była zimna, gęsta. Pachniała ropą i krwią.
– Wstawaj! Jeger w naszej Kompanii musi sobie na śmierć zasłużyć, rozumiesz?
Głos, który na niego krzyczał, był szorstki, ochrypły.
Siergiej pokiwał głową, jednocześnie zakrywając usta i powstrzymując dalsze wymioty. Wreszcie udało mu się zaczerpnąć brudnego, wypełnionego dymem powietrza.
Uniósł przekrwione oczy ku miedzianemu niebu.
Przesłaniał je szeroki mężczyzna o rudej, gęstej brodzie i krzaczastych brwiach. Ubrany był w ciemnoszary mundur jegerbatalionu i nosił poszarpany kulami żelazny napierśnik.
Tuż za nim stał wątły młodzieniec o słomianych włosach.
– Kapral Löse? – zapytał słabo Siergiej i przeniósł oczy na chłopaka obok. – Dima?
Rudy oficer zignorował pytanie i nachylił się nad nim.
– Szarawi przekroczyli Zimnicę już w trzech miejscach, rozumiesz? Pułkownik Lange rozkazał Kompanii E przemieścić się na Wzgórze Wisielców i przyjąć na siebie… Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
– Nie – wykrztusił z załzawionymi oczami.
Oczy kaprala Löse na moment rozbłysły niebezpiecznie i zwężyły się. A potem wybuchł rubasznym śmiechem, plamiąc swoją brodę i twarz rozmówcy śliną.
– Siergiej, Siergiej… – wychrypiał i podkręcił palcami wąs. – Po prostu idź w kierunku ognia i strzelaj do tej szarej zarazy, dobra? I zapnij rozporek, na Wszechwidzące Oczy Imperatora!
Siergiej pokiwał znów głową, próbując usiąść.
Löse stał jeszcze chwilę, przytrzymując dłonią pas z ładownicami i nożem polowym, jakby sprawdzał, czy wciąż ma na sobie cały arsenał. Potem odszedł długim krokiem, chlupocząc błotem. Przy jego plecach kołysał się stary, ciężki miecz przytroczony do pancerza. Cały był zabryzgany czarną krwią.
W końcu mężczyzna zniknął za złamaniem okopu.
Siergiej sapnął z wysiłkiem, wciąż odzyskując przytomność.
Poczuł na sobie czyjś wzrok. Znów uniósł głowę.
Młody Dima wciąż stał kilka metrów od niego i przyglądał mu się uważnie. W skostniałych dłoniach gniótł swoją ciemną wojskową czapkę i stąpał miarowo z nogi na nogę.
Chwilę mu zajęło, nim zebrał w sobie słowa.
– Nie oddychałeś dobrą minutę.
Podszedł krok bliżej.
– Generał Löse myślał, że umarłeś. Jeszcze chwila i musiałbym cię spalić, żebyś potem nie wstał pod Krwawym Księżycem jak tamci, no wiesz… – przełknął ślinę. – Tylko jesteś cały mokry, a takiego nie spalisz. Na szczęście jesteś żyw i nie musiałem cię rąbać na kawałki jak tamtego z Kompanii D. Miał złoty ząb, wiesz?
– Co ty wygadujesz, Dima?
– Ja… – zawahał się. – Kim jest Agnes, generale?
Siergiej łypnął na niego spod mokrych, posklejanych włosów.
– Dima, idź już sobie! Daj człowiekowi pocierpieć w spokoju, dobrze? Tyle mojego na tym zbluzganym padole.
– Tajest, generale.
Dima odwrócił się i ruszył w ślady kaprala.
Jego drobna sylwetka kołysała się na tle dymu, ginąc powoli w mroku. Na moment przystanął, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko poprawił czapkę i zniknął za załomem okopu, potykając się po drodze o zardzewiałą blachę.
– Generale… – parsknął cicho Siergiej, kiedy został sam.
Sięgnął po wygięty hełm leżący obok martwego żołnierza.
Chlupotała w nim woda. Jeger pociągnął nosem i napił się jej łapczywymi łykami. Była gorzka i zgrzytało po niej w zębach.
Rozejrzał się po polu bitwy.
Brunatne tumany pyłu i kurzu, ogniste języki tryskające ze zwęglonych wraków i rozmazane cienie żołnierzy wymazywały z jego głowy miękkie, okrągłe kształty ze snu. Jeszcze chwila, a kobiece wdzięki rozpłyną się za ścianą płomieni, a ciężki swąd spalenizny przykryje ulotny zapach brzoskwiń.
Ogień, ogień, ogień.
W niebie i na ziemi. Na wzgórzach i w okopach. Pośród smalących się ciał i kikutów drzew. Ogień nawet na czarnej tafli wielkiej rzeki, smagany po niej wiatrem jasnymi kłębami czerwieni.
Szerokie języki płomieni tańczą już w jego oczach.
Na twarzy Siergieja powoli rodzi się uśmiech.
Mruży zawadiacko oczy i kiwa głową.
– Też ciekawie.