Widmoland

  • Iskry
  • Miniatury
  • Autor
  • Woda

    Noc była ciepła, a jej oddech pachniał brzoskwinią.
    Zadrżała, gdy jego szorstka dłoń musnęła jej ramię. Jej skóra była oliwkowym aksamitem, opalona i miękka, a jego palce chłodne i pełne blizn. Jednak każdy krąg, który nimi kreślił, przyspieszał jej oddech i rozchylał lekko usta.
    – Siergiej, Bohater Północnej Rubieży Widmolandu – szepnęła. – Jak długo ze mną zostaniesz? Do świtu?
    – Dopóki nie wezwie mnie Miłościwy Imperator.
    Położyła palec na jego ustach.
    – Dobrze. Tego wieczoru jednak jestem twoja, a ty mój.
    Zsunęła z ramion złotą suknię. Tkanina, która dotąd opinała ciasno jej ciało, spłynęła krągłościami do bioder. Blask świec odsłonił niedopowiedzenia i cienie, gdy dziewczyna nachyliła się bliżej, prowadząc jego dłoń wzdłuż swego brzucha.
    – Agnes…
    Pierwsza kropla deszczu spadła na jej obojczyk.
    Kolejna niżej, a potem następne, coraz cięższe.
    Wtem deszcz objął go całego, lodowaty i przenikliwy. Wlał mu się brutalnie do nosa i gardła, a on mógł tylko zaciągnąć głębiej w płuca haust zimnej wody. 
    – Siergiej!
    – Agnes!
    Ściana wody uderzyła go w mostek i wydarła z jego piersi resztki oddechu. Obraz przed nim rozmazał się, a potem całkiem zgasł.
    Dobiegły go znajome głosy.
    – Niech go generał kopnie jeszcze raz. Chyba dycha.
    – Madera! Siergiej, ty parszywy trepie! Obudź się!
    Otworzył oczy i wziął głęboki oddech.
    Od razu zakrztusił się piaskiem w ustach i złamał się w pół, zanosząc się od gwałtownego kaszlu. Zwinął się w kłębek w głębokiej kałuży, w której leżał.
    Świat wracał powoli, boleśnie, jak przez mgłę. Dłonie, które jeszcze przed chwilą ściskały kobietę, teraz grzęzły w błocie i piasku. Woda była zimna, gęsta. Pachniała ropą i krwią.
    – Wstawaj! Jeger w naszej Kompanii musi sobie na śmierć zasłużyć, rozumiesz?
    Głos, który na niego krzyczał, był szorstki, ochrypły.
    Siergiej pokiwał głową, jednocześnie zakrywając usta i powstrzymując dalsze wymioty. Wreszcie udało mu się zaczerpnąć brudnego, wypełnionego dymem powietrza.
    Uniósł przekrwione oczy ku miedzianemu niebu.
    Przesłaniał je szeroki mężczyzna o rudej, gęstej brodzie i krzaczastych brwiach. Ubrany był w ciemnoszary mundur jegerbatalionu i nosił poszarpany kulami żelazny napierśnik.
    Tuż za nim stał wątły młodzieniec o słomianych włosach.
    – Kapral Löse? – zapytał słabo Siergiej i przeniósł oczy na chłopaka obok. – Dima?
    Rudy oficer zignorował pytanie i nachylił się nad nim.
    – Szarawi przekroczyli Zimnicę już w trzech miejscach, rozumiesz? Pułkownik Lange rozkazał Kompanii E przemieścić się na Wzgórze Wisielców i przyjąć na siebie… Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
    – Nie – wykrztusił z załzawionymi oczami.
    Oczy kaprala Löse na moment rozbłysły niebezpiecznie i zwężyły się. A potem wybuchł rubasznym śmiechem, plamiąc swoją brodę i twarz rozmówcy śliną.
    – Siergiej, Siergiej… – wychrypiał i podkręcił palcami wąs. – Po prostu idź w kierunku ognia i strzelaj do tej szarej zarazy, dobra? I zapnij rozporek, na Wszechwidzące Oczy Imperatora!
    Siergiej pokiwał znów głową, próbując usiąść.
    Löse stał jeszcze chwilę, przytrzymując dłonią pas z ładownicami i nożem polowym, jakby sprawdzał, czy wciąż ma na sobie cały arsenał. Potem odszedł długim krokiem, chlupocząc błotem. Przy jego plecach kołysał się stary, ciężki miecz przytroczony do pancerza. Cały był zabryzgany czarną krwią.
    W końcu mężczyzna zniknął za złamaniem okopu.
    Siergiej sapnął z wysiłkiem, wciąż odzyskując przytomność.
    Poczuł na sobie czyjś wzrok. Znów uniósł głowę.
    Młody Dima wciąż stał kilka metrów od niego i przyglądał mu się uważnie. W skostniałych dłoniach gniótł swoją ciemną wojskową czapkę i stąpał miarowo z nogi na nogę.
    Chwilę mu zajęło, nim zebrał w sobie słowa.
    – Nie oddychałeś dobrą minutę.
    Podszedł krok bliżej.
    – Generał Löse myślał, że umarłeś. Jeszcze chwila i musiałbym cię spalić, żebyś potem nie wstał pod Krwawym Księżycem jak tamci, no wiesz… – przełknął ślinę. – Tylko jesteś cały mokry, a takiego nie spalisz. Na szczęście jesteś żyw i nie musiałem cię rąbać na kawałki jak tamtego z Kompanii D. Miał złoty ząb, wiesz?
    – Co ty wygadujesz, Dima?
    – Ja… – zawahał się. – Kim jest Agnes, generale?
    Siergiej łypnął na niego spod mokrych, posklejanych włosów.
    – Dima, idź już sobie! Daj człowiekowi pocierpieć w spokoju, dobrze? Tyle mojego na tym zbluzganym padole.
    – Tajest, generale.
    Dima odwrócił się i ruszył w ślady kaprala.
    Jego drobna sylwetka kołysała się na tle dymu, ginąc powoli w mroku. Na moment przystanął, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko poprawił czapkę i zniknął za załomem okopu, potykając się po drodze o zardzewiałą blachę.
    – Generale… – parsknął cicho Siergiej, kiedy został sam.
    Sięgnął po wygięty hełm leżący obok martwego żołnierza.
    Chlupotała w nim woda. Jeger pociągnął nosem i napił się jej łapczywymi łykami. Była gorzka i zgrzytało po niej w zębach.
    Rozejrzał się po polu bitwy.
    Brunatne tumany pyłu i kurzu, ogniste języki tryskające ze zwęglonych wraków i rozmazane cienie żołnierzy wymazywały z jego głowy miękkie, okrągłe kształty ze snu. Jeszcze chwila, a kobiece wdzięki rozpłyną się za ścianą płomieni, a ciężki swąd spalenizny przykryje ulotny zapach brzoskwiń.
    Ogień, ogień, ogień.
    W niebie i na ziemi. Na wzgórzach i w okopach. Pośród smalących się ciał i kikutów drzew. Ogień nawet na czarnej tafli wielkiej rzeki, smagany po niej wiatrem jasnymi kłębami czerwieni.
    Szerokie języki płomieni tańczą już w jego oczach.
    Na twarzy Siergieja powoli rodzi się uśmiech.
    Mruży zawadiacko oczy i kiwa głową.
    – Też ciekawie.


  • 16

    A starless matte sky
    Beneath it a wooden roof
    fading into flame


  • 15

    Warm blood soaks the earth.
    How peaceful it is to sleep
    under an oak tree.


  • Sygnet

    – No złaź! Nie jesteś mu już potrzebny…
    Sygnet błyszczał w półmroku i obracał się wolno na palcu.
    Nie zsuwał się jednak ze zwęglonego kciuka, mimo licznych stęknięć i sapnięć pochylonego nad nim Kurta Felsa.
    Mężczyzna zaparł się mocniej kolanem o wyschniętą ziemię. Jedną rękę oparł o kość wystającą ze spopielonego barku nieszczęśnika pod nim, a drugą znów spróbował zerwać pierścień ze skostniałej dłoni.
    Ani drgnął.
    Żołnierz zagryzł zęby i otarł rękawem munduru pot perlący się na czole. Nie miał zamiaru dać za wygraną.
    – Zostaw umarlaka w spokoju i znikajmy stąd – powiedziała Vivienne. – Jesteś jak sroka. Wystarczy błysk w trawie…
    Kurt obrócił się i zmierzył ją wzrokiem.
    Jej wyprostowana sylwetka ledwo zarysowywała się na tle bordowego, szybko ciemniejącego nieba. Wieczorny wiatr unosił lekko końcówki jej brązowych włosów i osuwał ich kosmyki na jej opaloną twarz. Miała wyraz skrajnej dezaprobaty.
    – Wiesz dlaczego ogień drakkena nie stopił tej błyskotki? – zapytał. – To kindar, metal Szarawych. Jeszcze sprzed Zamieci. Wart więcej niż cały mój ekwipunek.
    – Porażająca kwota – rzuciła beznamiętnie. – Jak sobie chcesz. Ja idę dalej. Chmury coraz rzadsze, a ja nie mam zamiaru zostać długo pod Krwawym Księżycem…
    Wzruszył ramionami.
    Obrócił się za nią dopiero, gdy jej kroki przycichły. Patrzył chwilę jak żwawym krokiem szła przez płaskie, skamieniałe pustkowie. Skórzaną kurtkę przerzuciła sobie przez ramię i zlewała się coraz bardziej z zamglonym, czerwonym horyzontem. Majaczyła na nim drżąca od upału ściana pyłu i kurzu.
    Jeger mruknął coś pod nosem i znów stanął nad spalonymi zwłokami leżącymi pośrodku szarego okręgu popiołu. Jego wzrok nieustannie przyciągał samotny, srebrny błysk sygnetu w dole.
    Oparł ręce na biodrach.
    – Kindar. Na zwykłym uroczysku. Niebywałe.
    Wtem ziemię zalał szkarłatny blask. Łagodnie, płynnie, jakby ktoś odsunął cicho zasłony w pokoju.
    Kurt uniósł głowę ku otwierającym się chmurom.
    Wyzierał z nich ostry kształt czerwonego sierpa księżyca. Wyraźny i upiornie bliski, jak na wyciągnięcie ręki. Przypominał zakrzywione ostrze kosy zawieszone w całkowitej czerni. Ciemne obłoki omijały go teraz niczym rzeka opływająca głaz.
    Wiatr zawiał mocniej. Zimny i przejmujący.
    Wtedy zwęglony trup podniósł się z ziemi.
    Usiadł niezdarnie, jak bezwładna lalka, a jego szczęka rozwarła się na oścież z chrapliwym, gardłowym wyziewem. Puste oczodoły zwróciły się ku sparaliżowanemu tym widokiem Kurtowi, po czym nadłamana ręka nieumarłego pochwyciła go za nogę.
    W powietrze uniósł się wysoki krzyk jegra, prawie pisk.
    Upadł ciężko na plecy, wzbijając w górę różowawy kurz. W pierwszym instynkcie próbował odepchnąć się od ziemi prawą nogą, pomóc sobie łokciami, lecz czarne ręce umarłego miały mocny chwyt. Każde wierzgnięcie sprawiało, że kościane palce zaciskały się głębiej, drapiąc bezlitośnie, aż polała się krew.
    Kurt krzyknął z bólu i wymierzył kopniaka w głowę truposza.
    Słychać było trzask pękających kości, gdy odsłonięta żuchwa wyłamała się z czaszki i spadła na ziemię. Uderzenie odrzuciło na chwilę głowę nieumarłego w bok, lecz ta po chwili nieubłaganie znów skierowała się ku broniącemu się mężczyźnie, strasząc teraz samym górnym rzędem brązowych zębów.
    Szkielet zaciągnął ze świstem powietrze, wprost w ziejącą czerń otwartego gardła, a potem zarzucił szerokim łukiem drugą rękę na udo ofiary, chwytając się jej spodni i próbując się podciągnąć wyżej. Wspiąć się na leżącego, wpełznąć po jego wojskowych ubraniach.
    Za dźwiękiem szybko bijącego serca. Za zapachem potu.
    Byle bliżej soczystego gardła.
    Jeger warknął jak rozjuszony wilk, trochę z bólu, a trochę dla dodania sobie odwagi. Kopnął po raz drugi i trzeci. Tym razem trafił w odsłonięty, zapadający się tors.
    Wygięte, osmalone żebra rozpadły się pod uderzeniem buta jak wysuszone gałązki, raniąc nogę mężczyzny odłamkami kości, wciągając ją w głąb klatki piersiowej.
    Utknęła w niej na dobre.
    Kurt zrezygnował z próby wyswobodzenia się i zaparł się mocniej łokciami, jednocześnie odpychając ożywieńca jak najdalej od siebie coraz bardziej słabnącą nogą. Próbował wyciągnąć nóż z kabury przy pasie, w akompaniamencie nieludzkich odgłosów, trupich skrzeków i obijających się o siebie kości. 
    Sprzączka kabury wyślizgiwała mu się jednak z palców.
    Umarlak uniósł głowę i znów zaciągnął ze świstem wieczorne powietrze, telepiąc się przy tym i szarpiąc z wierzgającymi nogami leżącego jegra, rozdzierając jego spodnie, przesiąkając krwią.
    Czerwone światło Krwawego Księżyca padło w jego oczodoły.
    Przez krótką chwilę kościej patrzył tak w niebo, wprost w oblicze nocy, która to uniosła go z popiołu wprost w koszmar pełen głodu.
    A potem zatopił zęby w nodze mężczyzny pod sobą.
    –  Nie. Nie!
    Powietrze przeszył nagły świst.
    Pocisk najpierw zadrasnął ucho Kurta, a później roztrzaskał głowę nieumarłego na kilka części. Każda z nich poleciała w inną stronę, rozsypując się w powietrzu jak czarny piasek na wietrze.
    Zwłoki opadły i legły na jegrze, a ucisk zakrwawionych pazurów zelżał, gdy uleciało z nich niewidoczne tchnienie księżyca. Zdeformowany tors trupa syczał jeszcze chwilę, aż ucichł całkiem.
    Kurt wyczołgał się na plecach spod kości.
    Złapał się za lewe ucho. Spomiędzy palców ciekła krew.
    Obrócił się i zobaczył stojącą nieopodal Vivienne.
    – Znowu w ucho. Nienawidzę, gdy to robisz. Mogłaś mnie zabić!
    Wzruszyła ramionami i wsunęła rewolwer do kabury.
    – Tymczasem uratowałam ci życie. Błąd, którego być może już więcej nie popełnię, kto wie?
    – Celowałaś we mnie czy w niego?
    Vivienne ruszyła powoli w stronę siedzącego jegra, a piasek i żwir chrzęściły pod jej wysokimi butami. Wydawała się rozbawiona.
    – Odpowiedź na to pytanie pozostaje moim brzemieniem, Kurcie Fels. A teraz wstawaj, bo pustkowie niebawem podniesie o jednego ożywieńca więcej. Takiego chciwego i upartego.
    Stanęła nad nim i wyciągnęła ku niemu rękę.
    Zadarł głowę do góry i po chwili wahania chwycił jej dłoń. Skórzana rękawica na dłoni dziewczyny zatrzeszczała, gdy mężczyzna z wysiłkiem podnosił się z ziemi.
    Jego oddech był ciężki, wyczerpany, a spojrzenie mętne, jakby kręciło mu się w głowie.
    Czerwone światło malowało na jego usianej bliznami kwadratowej twarzy ostre cienie. Policzki miał wybrudzone czarnym pyłem z trupa, który mieszał się teraz z krwią i ściekał mu po brodzie.
    Stęknął, gdy oparł ciężar na zranionej nodze.
    – Poderżnę ci kiedyś gardło przez sen – wysyczał.
    Uśmiechnęła się lekko.
    – Czekam na ten pokaz akrobatyki i finezji – odparła. – Chodź. I nie zapomnij o sygnecie, chyba na niego zasłużyłeś.
    Odwróciła się płynnie na pięcie i lekkim krokiem ruszyła przed siebie. Co chwilę spoglądała wyzywająco na księżyc, ostra linia jej szczęki uniesiona ku niebu, długie włosy rozwiane za plecami. Nuciła pod nosem jakąś spokojną piosenkę, chyba z Alnastagu.
    Długi rewolwer kołysał się w kaburze razem z jej biodrami. Rewolwer, z którego prawie go przed chwilą zabiła.
    Kurt stał tak chwilę, a krew ciekła mu powoli po szyi za koszulę.
    – Dziękuję – szepnął cicho.


  • 14

    Slipping on wet stones
    Down below the rocky cliff
    a hundred waves roar


  • 13

    Płomień, tak jasny–
    Wiją się za nim cicho
    mroki i cienie.


1 2 3 … 7
Następna strona»

© 2025 – Marcin Brojanowski

kurtyna opada